Subiektywne spojrzenie na mniej i bardziej aktualne wydarzenia w świecie futbolu. Na poważnie, z humorem a na pewno z pasją...
Kategorie: Wszystkie | O MNIE | |
RSS
piątek, 01 grudnia 2017
Senegal, Kolumbia i Japonia: ciężki bój o wyjście z grupy

Kiedy jedni śnią o "grupie marzeń", a inni pragną starcia z wielkimi potęgami, nierzadko realizuje się taki scenariusz jak ten moskiewski. Na rosyjski Mundial będziemy czekać bez skrajnych stanów lękowych, ani i bez szczególnego optymizmu. Trafiliśmy do grupy, w której każde rozwiązanie jest możliwe. Pisząc banalniej: mogło być gorzej, mogło być też lepiej. 

Senegalu nie znamy. Nie zna go przynajmniej nasza reprezentacyjna piłka. 19 czerwca w Moskwie, zmierzymy się z "Lwami Terangi" po raz pierwszy w historii. Mojemu pokoleniu, tamtejszy zespół narodowy kojarzy się przede wszystkim z efektownym występem na azjatyckim Mundialu w 2002 roku (ćwierćfinał). Kadrze Aliou Cisse (który był uczestnikiem tamtejszych mistrzostw) sporo brakuje do drużyny sprzed 15. lat, ale błędem byłoby sądzić, że z przedstawicielami "Czarnego Lądu" będziemy mieli łatwą przeprawę. Nasze potyczki z afrykańskimi zespołami niemal zawsze były okupione sporą dawką boiskowego cierpienia. Poza tym w zespole Cisse znajdziemy kilku piłkarzy, którzy mają znaczący wpływ na grę kadry, a w nieodległej przyszłości mogą ją poprowadzić do takich sukcesów jaki był udziałem m.in. ich selekcjonera. Kalidou Koulibaly, Idrissa Gueye, Moussa Sow czy Sadio Mane - świetni piłkarze, w większości jeszcze perspektywiczni, ale z doświadczeniem w silnych ligach. Oni i ich koledzy będą starali się na Mundialu udowodnić, że należą do afrykańskiej czołówki. 

Kolumbię znamy lepiej. Z "Los Cafeteros" - z którymi spotkamy się 24 czerwca w Kazaniu - graliśmy dotychczas pięć razy, na co składają się dwa zwycięstwa i trzy porażki. Spośród tych trzech niechlubnych spotkań, najbardziej pamiętna jest przegrana sprzed 11 lat. Kadra Pawła Janasa, szykująca się do startu na niemieckim Mundialu, w fatalnym stylu i przy jeszcze gorszej atmosferze uległa Kolumbijczykom 1:2, a Tomasz Kuszczak wpuścił "słynną" bramkę; po wykopie golkipera rywali. Jednak w 2006 roku, piłkarzy z Kolumbii na MŚ zabrakło. Podobnie jak cztery lata wcześniej w Azji i 4 lata później w RPA. Ich występ na ostatnim turnieju, brazylijskim, był prawdziwym wulkanem ich piłkarskiej siły. Doświadczeni piłkarze stworzyli ze wschodzącymi gwiazdami wspaniały zespół, który zatrzymał się dopiero na ćwierćfinale. Pomimo niewątpliwej siły podopiecznych Pekermana, o podobne osiągnięcie będzie im w Rosji trudno. Niewiele brakowało, by to oni a nie Peru, grali w barażach, wszak Kolumbia w swojej eliminacyjnej grupie znalazła się za Brazylią, Urugwajem i Argentyną, z 7. zwycięstwami, ale też notując 6 remisów i 5 porażek. 

Fazę grupowa zakończymy meczem z Japonią. Rywal, który będzie na nas czekał 28 czerwca w Wołgogradzie, generalnie nie ma najlepszych wspomnień z rywalizacji przeciwko "Biało-Czerwonym". 4-krotnie zwyciężaliśmy, a ponieśliśmy dwie porażki. Jedna z nich to nasze ostatnie spotkanie, w marcu 2002 roku, kiedy przegraliśmy w Łodzi 0:2. Wiele osób znacznie bardziej wolało trafić na Koreę Południową niż na piłkarzy z "Kraju Kwitnącej Wiśni". Nic dziwnego. Japończycy zaliczą latem szósty mundial z rzędu. Plan zrealizowali dzięki zwycięstwu w swojej eliminacyjnej grupie, gdzie na 8 spotkań, siedem zakończyli zwycięstwem, a raz skończyło się podziałem punktów. Wydaje się, że ich siła jest wystarczająca, by w razie awansu, przebić swój dotychczasowy, największy mundialowy "sukces", czyli 1/8 finału. Tutaj także nie brakuje nazwisk, które pozytywnie zaznaczyły się na piłkarskiej mapie Europy, a bośniacki trener Vahid Halihodzic może pochwalić się bogatym CV (PSG, Tranbzonspor, Dinamo Zagrzeb, Rennes), w tym także doświadczeniem w roli selekcjonera (Algieria, WKS). Z Japonią pracuje od niespełna 3 lat i bardzo prawdopodobne, że swoją misję będzie kontynuował po Mundialu. 

Tak naprawdę trudno ocenić czy losowanie było dla nas szczęśliwe. W tym momencie jest to z resztą zwyczajne teoretyzowanie. Tak jak napisałem na Twitterze - równie dobrze możemy gładko ograć każdego z rywali, jak i nie wyjść z grupy. Zazwyczaj bywało tak, że radość w grudniu, przynosiła łzy w czerwcu. O potrzebie dystansu do własnych możliwości i nie narzucania tempa w pompowaniu balonika, nawet nie chce się po raz kolejny przypominać. Mentalności nie da się jednak oszukać, to już nastapi za pare miesięcy...

Wierzę, że szefostwo PZPN, wraz ze sztabem szkoleniowym, dobiorą dla naszej kadry naprawdę wartościowych sparingpartnerów. Że każde spotkanie grupowych rywali będzie wnikliwie analizowane, że nasi piłkarze będą dobrze i regularnie występować w swoich klubach, a po sezonie zaznają odpowiednio długiego odpoczynku... Spełnienie tych czynników, gwarantowałoby nam połowę sukcesu. Prościej powiedziec, trudniej zrobić, wiadomo. Zwłaszcza, że naprawdę nie wszystko jest zależne od nas. Jeśli jednak chcemy osiągać sukcesy na miarę zespołu, który wg rankingu FIFA znajduje się w pierwszej dziesiątce i ma wielkie ambicje, nie mamy prawa truchleć przed żadnym z przeciwników. Jeśli chodzi o "nową, mundialową erę" w polskim wydaniu: w 2002 była trauma, w 2006 także. Czy w 2018 powiemy: do trzech razy sztuka? 

czwartek, 09 listopada 2017
Od Irlandii do Urugwaju - Boruc kończy reprezentacyjną karierę (FootBar.info)

Artur Boruc po debiucie w reprezentacji. Polska - Irlandia, 28 kwietnia 2004 rok. 

Gdy debiutował w reprezentacji miałem 13 lat i kończyłem szkołę podstawową. Gdy zalewał się łzami po heroicznej walce z Niemcami na MŚ w 2006 roku, znajdowałem się w środku gimnazjalnego etapu i marzyłem o bluzie z jego nazwiskiem. Podczas Euro 2008, takową już posiadałem, a na okolicznym boisku usiłowałem naśladować jego osobliwego "pajacyka", którym ratował nas przed klęską z Austriakami. Wielu z nas – niezależnie od wieku – może wspomnieniami o Borucu, dzielić swoją własną historię. Dla wielu jest postacią kontrowersyjną, ale jedno trzeba mu uczciwie oddać – dla "Biało-Czerwonych" barw poświęcał się bez końca. W tychże barwach, w piątkowym meczu z Urugwajem wystąpi po raz 65.  Wystąpi po raz ostatni...

Cały mój tekst, którym żegnam Artura, znajdziecie oczywiście na portalu FootBar.info, a dokładnie w tym miejscu. 

czwartek, 13 lipca 2017
Górnik-Legia na start Ekstraklasy

żródło: legia.com

Od Gdańska po Kraków, od Wrocławia po Białystok - w najbliższy weekend piłkarską Polskę rozpalą emocje związane ze startem nowego sezonu Ekstraklasy. Kończymy tym samym wielkie odliczanie zerkając a to na pucharowe przedbiegi czołowych ekip sprzed niespełna dwóch miesięcy, a to na niezwykle zróżnicowaną aktywność transferową. Szacujemy możliwości każdej ekipy, każdego zawodnika i każdego szkoleniowca, przyzwyczajając się przy okazji do nowej rzeczywistości, tej bez podziału punktów po rundzie zasadniczej. Były polski premier Leszek Miller stwierdził kiedyś błyskotliwie, że prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy a nie jak zaczyna. Nie musi mieć to jednak przełożenia na rodzimą ligę bo są widoki na to, że Lotto Ekstraklasa rozpocznie nowy sezon z impetem. Nie ujmując niczego pozostałym parom, które zderzą się w inauguracyjnej kolejce, największe zainteresowanie wzbudza rzecz jasna potyczka Górnika Zabrze z Legią Warszawa.

W mojej osobistej klasyfikacji, zdominowanej przez słabość do pochłaniania niuansów zamierzchłych czasów, klasyk zabrzańsko-warszawski stawiam nad inne lokalne superstarcia typu Legia-Lech, Legia-Widzew czy Legia-Wisła. Aby wyczerpać temat wystarczyłoby przywołać kilka znanych skądinąd faktów i uszeregować parę cyferek:

Legia zdobywała mistrzostwo 12-krotnie, a Puchar Polski wznosiła aż 18 razy co jest rekordem własnego podwórka. Górnik kończył ligę na szczycie aż 14 razy, zdobywając krajowy Puchar 6-krotnie.

Klub z Warszawy, z różnym skutkiem, dokazywał także w Europie. W 1970 roku był uczestnikiem półfinału Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych (vs Feyenoord), a rok wcześniej ćwierćfinału Pucharu Miast Targowych. Półfinał warszawiacy osiągneli także w 1991 roku gdy na potyczkach z Manchesterem United zakończyli piękną przygodę z Pucharem Zdobywców Pucharów. Ćwierćfinałowe batalie z Panathinaikosem to natomiast puenta efektownej przygody z Ligą Mistrzów w sezonie 95/96. Legia trzykrotnie (2012,2015,2017) była także uczestnikiem 1/16 finału Ligi Europy.


Górnicy zaznaczyli swoją obecność na Starym Kontynencie równie intensywnie: w 1968 roku bili się z Manchesterem United w PEMK, a dwa lata później byli o krok od wielkiego triumfu w Pucharze Zdobywców Pucharów gdyż w pamiętnym finale potyczkowali się z Manchesterem City pokonując po drodze m.in. Olympiakos Pireus, Glasgow Rangers czy AS Roma. W kolejnej edycji PZP dotarli do ćwierćfinału, w którym ulegli... Manchesterowi City. 


Obrazując międzynarodowe popisy liczbowo wygląda to następująco: Legia zaliczyła ponad 230 oficjalnych spotkań w europejskich pucharach z czego ponad połowę wygrała. Górnik ma takich pojedynków na koncie nieco ponad 110, a ponad 50 zakończyło się ich triumfem. Słowem: hegemoni polskiej piłki, do których jakikolwiek start ma tak naprawdę jedynie łódzki Widzew. 

Jeśli zaś chodzi o pojedynki bezpośrednie (za hppn.pl) to za sobą mamy 118 potyczek z czego 49 zakończyło się triumfem stołecznego zespołu, a w 29 spotkaniach padł remis. Nieco bardziej skuteczna na przestrzeni powyższej rywalizacji była Legia, która zdobyła 173 bramki. Górnik do warszawskiej bramki trafiał 153 razy. Trzeba jednak zaznaczyć, że powyższe liczby dotyczą wyłącznie pojedynków rozegranych na najwyższym szczeblu ligowym oraz jego zapleczu. A przecież Górnik i Legia krzyżowały rękawice także w Pucharze Polski. Jeśli zawęzimy wątek do meczów finałowych to obie ekipy w decydujących starciach spotykały się czterokrotnie, aczkolwiek w sezonie 1965/66 o zwycięstwie decydował dwumecz a nie jedno spotkanie. 

legia.com

Legia przed finałem Pucharu Polski z Górnikiem (5:2 dla Zabrzan, 4.06.1972)

Obie ekipy to także szereg wybitnych piłkarzy: Włodzimierz Lubański i Kazimierz Deyna na czele, ale przecież także Lucjan Brychczy, Robert Gadocha, Leszek Pisz, Jan Banaś, Andrzej Iwan, Hubert Kostka czy Waldemar Matysik. Tak naprawdę nie da się naprędce stworzyć pełnej listy nietuzinkowych reprezentantów obu klubów bez pominięcia jakiegoś nazwiska, a to ze względu na obfitość takich jednostek. Zarówno Górnik jak i Legia dały polskiej piłce i polskiej kadrze narodowej dziesiątki nieprzeciętnych zawodników, na których w znacznej mierze opierała się przez długi czas potęga naszego futbolu.

Z wyjątkowości rywalizacji z tamtych czasów pozostało niewiele poza wspomnieniami i gablotami klubowych muzeów. Górnik przystępuję do rozpoczynających się jutro rozgrywek jako beniaminek, po rocznej banicji w I lidze. Legia wchodzi w sezon jako mistrz kraju i niedawny uczestnik Ligi Mistrzów. Obu klubom przyświecają więc zupełnie inne cele, inaczej mierzone są także ambicje. Nie da się jednak doskonalić nie próbując ścigać potentatów. Wszystkim nam, którym leży na sercu dobro polskiej piłki kopanej i którzy kochają się w futbolowej historii, zależałoby na tym, by Górnik jak najskuteczniej skracał dystans do czołówki i wrócił tam gdzie jest jego miejsce. 

sobota, 24 czerwca 2017
Skoro jest tak źle, dlaczego miało być tak dobrze...

Do obrazków takich jak ten powyżej, podczas rozgrywanego na polskich boiskach "małego Euro" U21 niestety nie mieliśmy szczęścia poza dwoma incydentalnymi wyjątkami na początku spotkań ze Słowacją i Szwecją. Porażka z Anglią na zakończenie fazy grupowej była tylko przykrą puentą udziału młodzieżowej kadry w mistrzostwach Europy. Mistrzostwach, które wzbudzały w wielu ogromne nadzieje, a które były kompletnie nieuzasadnione...

Nie zamierzam rozpisywać się nadmiernie nad postawą i końcowym wynikiem "Biało-Czerwonych" bo nie tylko każdy potrafi (a przynajmniej powinien) wyciągać własne wnioski z przeprowadzonych obserwacji, ale także ze względu na fakt, że zawód jaki dostrzegam po fatalnym występie naszych młodzieżowców uważam za niewspółmierny do faktycznej siły, z którą do tego turnieju przystępowaliśmy.

Każde zawody z udziałem naszej narodowej drużyny, bez znaczenia na kategorię wiekową (rola gospodarza także odgrywa tu znaczącą rolę), rodzą w nas wielkie oczekiwania, obiecujemy sobie arcyciekawe spotkania, oczywiście z pomyślnym i efektownym zakończeniem dla naszych piłkarzy. Tyle w tym racjonalnego podejścia ile kibicowskich emocji i wiążących się z nimi nadzieji. W tym przypadku problem polega na braku wcześniejszych przesłanek do tego, byśmy na polskim "małym Euro" odnieśli znaczący sukces, a za taki większość kibicowskiej opinii przyjęłaby wdarcie się do strefy medalowej.

Dojście do takich wniosków nie jest skomplikowane i tym bardziej trudno mi zrozumieć siłę huku po pęknięciu sztucznie napompowanego balonika. Po pierwsze: nasza młodzieżowa kadra fatalnie prezentowała się w ostatnich potyczkach przed ME. Przegraliśmy - i to w naprawdę nieciekawym stylu - zarówno z Włochami jak i Czechami. Listopadowy triumf nad zespołem niemieckim może nie był dziełem przypadku, ale na pewno był niezwykle szczęśliwy i całkowicie przysłonił faktyczny obraz możliwości naszych "Orląt". 

Po drugie: duża część piłkarzy z zespołu Marcina Dorny grała przerażająco mało w swoich klubach. Przegląd Sportowy już na początku maja alarmował o nieciekawej sytuacji sporej liczby naszych zawodników. 

grafika "PS" z 11 maja 2017 r.

Polscy piłkarze grali w wielu przypadkach zatrważająco mało, a wielu przez długi okres czasu borykało się z mniej lub bardziej znaczącymi urazami. Kadra Dorny nie miała trudnych etapów w ostatnich miesiącach przed trwającymi zawodami. Miała je niestety nieprzerwanie, więc nad wyraz niezadowolonych sprowadzam na ziemię - wymagaliście od przeciętnej jakości ziarna by do imponujących rozmiarów wyrosło w jedną noc po zasianiu.

Te agroporównanie nie odwołuje się oczywiście do poszczególnych zawodników, a jedynie do grupy która zamiast zespołu z prawdziwego zdarzenia tworzyła istną zbieraninę mniej lub bardziej utalentowanych zawodników, z których nie każdy grał na maksimum swoich możliwości i nie każdy w pełni poprawnie rozumiał swoją rolę w zespole. Jest paru piłkarzy, którzy dają nam nadzieję, że wkrótce owocnie zasilą szeregi dorosłej reprezentacji. Choć nawet oni nie grali w sposób zachwycający przez cały czas przebywania na placu gry to niedalekiej przyszłości polskiej drużyny narodowej, tej dorosłej, nie należałoby malować w czarnych barwach. Karol Linetty, Dawid Kownacki czy Tomasz Kędziora udowodnili, że są solidnymi kandydatami na uczestników sukcesów, które - jak mamy całkiem uzasadnione nadzieje - czekają na naszą podstawową kadrę. 

Pojedyncze personalia rokują, dają nadzieję dla pierwszej reprezentacji, ale nie możemy odrzucić w otchłań poczucia, że fachowe szkolenie młodzieży wraz z odpowiednią selekcją leży dość daleko od znanego nam z Hiszpanii czy Holandii profesjonalizmu. Choć pewien progres w porównaniu do nastu lat wstecz jest istotnie widoczny, jest to wciąż bardzo mało, by uwazać młodzieżowe szeregi za naturalnych i zarazem godnych następców starszych kolegów. Kłopotu bogactwa u nas się nie doświadczy, przynajmniej na ten moment. 

Z różnych względów trudno mi jest się w tej chwili zdobyć na głębsze refleksje, ale sam fakt, że jest taka konieczność, nie jest zbyt optymistycznym sygnałem. Nie oddalę się w kierunku ślepego hejtu, nie przejdę też obok klapy młodzieżówki całkiem obok, tak jakby nic wielkiego się nie stało. Stało się. I tak jak istotna dla wielu jest pierwsza reprezentacja, tak wreszcie do priorytetów powinno zostać włączone jej młodsze zaplecze. Bo kiedy skończy się era Lewandowskiego, Grosickiego i Milika, obudzimy się z ręką w przysłowiowym nocniku. Euro U21 jest sygnałem by zacząć myśleć i działać. 

sobota, 03 czerwca 2017
Real - Juventus: duodecima czy terzo? (FootBar.info)

Ze stolicą Walii kilka przyjemnych wspomnień mają kibice znad Wisły – dwukrotnie zdarzało się "Biało-Czerwonym" pokonać tam drużynę popularnych "Smoków" w eliminacjach Mundialu, a w 2007 roku, w tamtejszym ratuszu zapadła decyzja o przyznaniu Polsce i Ukrainie organizacji Euro 2012. W sobotę, blisko 75-tysięczne Millennium Stadium będzie po raz pierwszy w historii gościło finał europejskich pucharów. Finał hiszpańsko – włoski. Kibice z Madrytu lub Turynu, będą od tego momentu równie przyjemnie wspominać czerwcowy wieczór nad Kanałem Bristolskim.

Zarówno dla "Królewskich" jak i "Starej Damy" ewentualny triumf w tegorocznym finale będzie miał zupełnie odmienny ciężar gatunkowy, całkowicie kontrastujący wymiar. Real jest o krok od dokonania dwóch wyjątkowych osiągnięć: wzbogacenia i tak nad wyraz imponującej kolekcji trofeów o 12. już Puchar Europy, a także obronienia tytułu, czego nikomu w historii rozgrywek spod nowożytnego szyldu Champions League, jeszcze się nie udało. Poza tym zwycięstwo Hiszpanów – trzecie na cztery ostatnie finały – ugruntuje ich pozycję jako hegemonów międzynarodowego futbolu, stanie się kolejnym elementem w budowie pomnika najlepszego klubu świata aktualnie i w całej historii tej dyscypliny(...)


Tak oto rozpoczyna się moja niezwykle obszerna zapowiedź wielkiego finału Ligi Mistrzów w Cardiff. Całość znajdziecie w tym miejscu, czyli na portalu FootBar.info (uwaga, nowy adres!)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi